internety robię

Swoją pierwszą firmę, GaldoMedia, założyłem jakoś w 2008 roku. Samo klikanie “stron” zaczęliśmy z Tomkiem trochę wcześniej, bo w połowie 2007 roku pod parasolem AIP – Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości. Sporo czasu upłynęło. W międzyczasie dla naszych klientów tworzyliśmy małe strony – wizytówki, sklepy internetowe, portale społecznościowe, jak i zaawansowane systemy aukcyjne. Większość z nich miała pewną wspólną cechę – była startupami. Takimi, lub innymi, ale wciąż – projektami aspirującymi do uszczknięcia sobie kawałka tortu i przyniesienia właścicielowi oczywistych milionów. Rzezonych milionów nigdy nie było, ale kilka ciekawych exitów miało miejsce.

My oczywicie też mieliśmy jakieś swoje projekty / zabawki – bo w przypadku software house’u cóż to za problem? Bariera wejścia jest minimalna, zwłaszcza jeśli samemu się coś klika, a firmę utrzymują zlecenia realizowane przez współpracowników. Projekty te nigdy jednak chyba nie dostały ode mnie (lub od nas) dość miłości – w wielu przypadkach były niedopracowane, lub po prostu nudziły się nam i bez dalszego rozwoju popadały w niełaskę swych użytkowników, by w końcu zaginąć gdzieś otchłaniach internetu.

To się jednak ma teraz zmienić – trochę zmuszony sytuacją wewnętrzną wpadłem na koncept, by napisać proste narzędzie, gdzie będę prosił wszystkich w firmie o umieszczenie krótkiego statusu, zdania lub dwóch, na temat postępów / prac danego dnia. Takiego podsumowania, cobym wiedział, co też się w firmie działo w ciągu dnia. Osoba, która projekt zainspirowała, wkrótce potem opuściła nasze szeregi, narzędzie jednak zostało – po prostu – sprawdziło się. Moje życie stało się o wiele łatwiejsze i spokojniejsze – bo mogę łatwo, szybko sprawdzić, co też udało się zrealizować, ew. z czym są problemy. Nie muszę do tego przeglądać commitów, sprawdzać statusów w wielu projektach – starcza mi jeden rzut okiem. Ostatnio rzut okiem na email, który dostaję wieczorem. Dla kompletu informacji dorzuciliśmy integrację z wszystkimi narzędziami, z których korzystamy lub korzystaliśmy – generowane tam statusy trafiają w jedno miejsce, są odpowiednio kategoryzowane dzięki czemu dają jeszcze dokładniejszy obraz sytuacji. Narzędzie nazywa się teamlens.io i zaczęliśmy je właśnie (no, prawie) sprzedawać (no, prawie). I tylko dlatego, że sprawdza się u nas (w prograils.com) zajebiście. Rejestracja jest jeszcze zamknięta, ale powoli wpuszczamy zaufane osoby do systemu.

Chyba nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak trudna może być sprzedaż bezpośrednia, ile będzie wymagała ode mnie… poświęcenia? Nie jestem osobą otwartą na ludzi, zawierającą łatwo znajomości, a tu taki psikus – teraz muszę ja podchodzić, inicjować dialog, mówić “Cześć, jestem Maciej, robię internety i właśnie stworzyłem narzędzie, które odmieni Twoje życie”. Ciekawe doświadczenie. Powoli nabieram wprawy, wciąż jednak historyjka zmienia się wraz z każdym rozmówcą. W końcu jednak znajdę tą właściwą wersję (niczym bohater filmu “Pachnidło”), która będzie porywać za serca oraz generować potrzebę, z której ludzie nie zdają sobie (jeszcze) sprawy. Jeszcze tylko kilka… miesięcy. Cóż, jest to jakiś plan.

Internety w dziczy

Drogą kupna (zawsze niezmiernie podobało mi się to określenie) wszedłem w posiadanie (j.w.) routera 3G z WiFi – dokładnie tego: TP-LINK M5350. I mimo, że miałem już z podobnymi ustrojstwami wcześniej doświadczenie, to zdecydowanie jestem pod wrażeniem. Download na poziomie 8mbit umożliwia swobodną pracę w środku lasu. Część creditsów należy się oczywiście również Plusowi, który są infrastrukturą zadbał o to, bym internety mógł tu mieć. Wracając jednak – samo urządzenie ma przyzwoitą baterię, przyzwoity zasięg wifi, dobre osiągi (lepsze niż konkurencyjne modem), jest względnie małe i lekkie, co czyni z niego wyjątkowo wygodnego towarzysza podróży. Dobry zakup.

Nie, post nie jest sponsorowany ;)

Zamykanie S.C.

Biurokracja w Polsce nie przestanie mnie zaskakiwać. Fakt, jest jedno okienko, ale nie obejmuje ono już spółek cywilnych. Trzeba objechać wszystkie urzędy osobiście i się grzecznie wypisać. Oprócz samego faktu chęci wypisania się, nie wystarcza obecność wszystkich wspólników, konieczne jest również przedstawienie umowy rozwiązania spółki cywilnej. Absurd. Zapisuję na przyszłość, mam nadzieję, że za 10-20 lat nikt nie będzie chciał w powyższe uwierzyć.

Bulletproof coffee – kawa zamiast śniadania

bulletproof coffee

Lubię próbować rzeczy dziwnych i wpierw spróbuję potrawy, zanim stwierdzę, że mi coś nie smakuje. Nie wszyscy, których znam tak mają, warto było więc to zaznaczyć. Lubię zjeść dobrze, lubię eksperymentować, co nie zmienia faktu, że w restauracjach zwykle skupiam się na stekach, a pizze i burgera zawsze w wersjach na ostro. Steki – tzw medium-rare – czyli delikatnie wysmażone, by krwią nie siłaky, niemniej by w środku były rozkosznie różowe. Z tym ostatnim jak się okazało mamy bardzo podobne upodobania wraz z moim wspólnikiem z prograils. Sporo rozmawiamy o jedzeniuy, diecie slow-carb której jest praktykiem (i którą mogę polecić), o pieczeniu chleba i o samym smażeniu steków. Któregoś dnia rozmawialiśmy o śniadaniach / kawie do śniadania i spytał się, czy znam koncept kawy z masłem. I tak, jak zdaję sobie sprawę z różnych możliwości przyrządzenia kawy, mam w domu ekspres ciśnieniowy, chemex oraz aero press, tak o kawie z masłem nigdy wcześniej nie słyszałem. Cały koncept pochodzi z bulletproofexec.com, gdzie też można znaleźć kompletny przepis. Pdobno kofeina zawarta w kawie, tłuszcz pochodzący z masła / mleka krowiego wraz z olejem MCT (zawierającym średniej długości kwasy karboksylowe) świetnie spalanym przez organizm potrafi zastąpić śniadanie, dając poczucie sytości i odpowiednią dawkę niezbędnej energii. Brzmi fantastycznie, ale próba wyobrażenia sobie smaku wynalazku raczej zniechęca do zjedzenia łyżki masła z kawą. Zwłaszcza, że trafiłem na wpis Marco Armenta, który postanowił wypróbować ten przepis na własnej skórze, by reszta zdrowo myślącej populacji już nie musiała. Końcówka wpisu zupełnie nie napawa optymizmem:

But it left my lips feeling oily all morning, and it completely ruined my coffee’s flavor. It looked gross, felt gross to drink, and left a gross layer of oily fat to scrub out of the mug. If I want to experiment with eating a low-carb, high-fat breakfast again, I’ll pick a different method.

I don’t recommend trying this.

Marco zrobił jednak jeden błąd – nie zmiksował składników. Choćby takim zwykłym mikserem ręcznym do spieniania mleka. Element ten jest kluczowy, bez niego masło faktycznie będzie tworzyć tłusty kożuch.

Kawa zmiksowana, czyli przyrządzona zgodnie z przepisem smakuje… dziwnie. Smak jest ciężki do opisania – to coś jak kawa z dużą ilością tłustej śmietany minus mleczny posmak śmietany. Na pewno tłuszcz nie osadza się na ustach, na pewno filiżanka kawy wraz z ok. dwoma łyżkami masła starcza na poranek – mnie zapewnia energii na co najmniej 4-5h. Może i więcej, ale po tym czasie żołądek zaczyna się dopominać normalnej potrawy. Oryginalny przepis wymienia jeszcze olej MCT, który kupiłem, ale nie jestem przekonany, czy jest niezbędny. Ania czasami rano pije kawę ze mną, ale zamienia MCT na olej kokosowy – energetycznie niby podobny efekt, ale kawa nabiera kokosowego zapachu. Ja do swojej dodaję odrobinę cynamonu i chili, co wyraźnie polepsza smak. Na pewno nie jest to moje codziennie śniadanie – po ciężkim wieczorze zdecydowanie wolę zjeść coś zdrowego, nie mam więc pojęcia, jak zareagowałby organizm traktowany takim substytutem przez dłuższy czas. Ja czuję się nieźle i w dni, kiedy wybieram kawę, zdecydowanie nie brakuje mi tradycyjnego śniadania.

Oryginalny przepis tu – link.

Dlaczego warto ograniczyć newsy

Kilka tygodni temu naszło mnie na zmiany. Takie mniejsze, ale mające na celu pomóc mi lepiej (efektywniej) pracować, ograniczyć stres, żyć zdrowiej (czyli świetny materiał na książkę-bestseller o niczym). Punktów na liście znalazło się ok. 6, kilka udało się wprowadzić w życie, innych niestety nie. Prawdopodobnie chęci nie starczyło lub pojawiło się za dużo zmian. Jednym z elementów było ograniczenie codziennej dawki informacji. Newsów z kraju, świata, branży, itd, dostarczanych przez większość dostępnych kanałów (fejsbuki, radio, tv, portale informacyjne). W ciągu dnia dość często łapałem się na tym, że chcąc oczyścić umysł (czyli zająć go czymś zupełnie bezużytecznym) po dłuższej sesji programowania odwiedzałem kolejne portale informacyjne, kwejka, joemonstera i podobne. Nic nierobienie w tej postaci ma to do siebie, że szybko zaczyna zajmować znacznie więcej czasu, niż sobie to człowiek początkowo założył (zwłaszcza, że przerw takich w ciągu dnia miałem co najmniej kilka). I tak, jak przeglądanie kwejka, czy joemonstera było co najwyżej czasochłonne, tak samo już przeglądanie i pobieżne czytanie zawartości gazety, pb.pl itp raczej mnie pobudzało i frustrowało, niż uspokajało. Patrząc z perspektywy około 4-5 tygodni całkowite ograniczenie tych portali było dobrą decyzją – choćby ze względu na subiektywne wrażenie, że udaje mi się teraz więcej zrobić w tym samym czasie. Wiadomości nie ograniczyłem całkowicie, ale przede wszystkim całkowicie przestałem się do nich dobierać na komputerze. Do tej pory się łapię na próbie wpisania adresu jednego z wyżej wymienionych przynajmniej raz dziennie. Niemniej już sam fakt przyłapania się na tym powoduje, że zaczynam walczyć z prokrastynacją. Do przeglądania twittera, facebooka, serwisów z newsami jakkolwiek zabarwionymi politycznie służy teraz tylko i wyłącznie iPad. Dzięki temu wszelkie „zaległości” w informacjach przyjmuję tylko rano i czasami w okolicach obiadu, co w zupełności wystarcza. Jednocześnie jest to próba psychologicznego oddzielenia dwóch światów – pracy i całkowicie bezproduktywnego spędzania czasu (tablety bowiem do niczego więcej się moim zdaniem nie nadają).

Sam zysk wynikający z zaoszczędzonego czasu, czy zmniejszonego poziomu frustracji nie jest jednak najistotniejszy – „przyłapywanie” się na próbie marnowania czasu jest dla mnie ważniejsze, bo faktycznie pozwala wrócić do pracy. Zwłaszcza, że w takich momentach próbuję się zwykle zabrać za te najmniej wdzięczne zadania, których po prostu nie chce się robić, a których wykonanie nie zajmuje zwykle więcej niż jedno pomodoro. Wreszcie stosik zaległości, do którego absolutnie nie chce się zaglądać (a czasami nawet boi), przestał rosnąć i zaczął się powoli zmniejszać. Wynika to też z jednej z podstawowych zasad getting shit done – rozbijania zadań dużych na mniejsze. Odhaczanie tych faktycznie małych i niewdzięcznych, w czasie, który i tak bym zmarnował powoduje, że te większe zadania powoli też są kończone. Swoją drogą jest to jeden ze sposobów walczenia z ww. prokrastynacją – robienia postępów małymi krokami. Niezależnie od tego, jak czasochłonne miałoby być zadanie, wystarczy do niego podchodzić delikatnie – np. poprzez skupianie się na nim (tylko i aż) 15 minut. I definitywne kończenie „sesji” po upłynięciu tego czasu – nawet długotrwałe zadania wkrótce będą bliżej zakończenia, niż rozpoczęcia, co spowoduje, że zrobienie ich za jednym zamachem, „dla świętego spokoju” stanie się dużo łatwiejsze. Na końcu pojawi się nagroda w postaci zadowolenia z odciążenia się od jakiejś wyjątkowo niewdzięcznej roboty (może i brzmi to jak frazes, ale u mnie to działa).

W skrócie zatem – ograniczyć przyjmowane za dnia newsy (szczególnie te o zerowej wartości merytorycznej / faktów o nikłej istotności), a uzyskany w ten sposób czas poświęcić na robienie czegoś, na co zupełnie nie ma się ochoty. Mniej stresu, więcej roboty zrobionej i na końcu poczucie dobrze wykorzystanego czas. Jak dla mnie win-win.

Powrót syna marnotrawnego

Lat temu trochę, gdy nie było jeszcze ani Neostrady, ani tym bardziej jej dzieci, miałem bloga. Pisałem coś do siebie, czasami od siebie, w szczeniackim trochę stylu, który mi pozostał, czując nieodpartą chęć dzielenia się ze światem odkrywczymi myślami. Myśli odkrywcze nigdy takowymi nie były, co wielką tajemnicą nie jest. Miesiące i lata mijały, blog istniał dalej, od czasu do czasu zmieniając adres. W międzyczasie dostałem nawet tajemniczą przesyłkę i nieśmiałą prośbę, bym opisał cudo, które było w środku – znaczy się więc, że ktoś uważał, że mam coś do powiedzenia i wpływam na innych. Wychodzi na to, że byłem nawet blogerem. No, wanna be blogerem, uczciwie muszę przyznać. Wesołe pisanie skończyło się mniej więcej w momencie założenia firmy – nie chciałem, by to co piszę miało rzutować na GaldoMedia – niemniej i tak którymś postem wkurzyłem o jedną osobę za dużo.

Lat sporo minęło i powoli brak pisania zaczął mi coraz bardziej przeszkadzać. Po części pisania samego w sobie, po części jednak zauważyłem, że straciłem wprawę. Nie twierdzę, że ją kiedykolwiek miałem – jednak na pewno z większą trudnością niż kiedyś przychodzi mi przelewanie na papier swoich myśli. Dość długo walczyłem ze sobą analizując wszelkie za i przeciw pisania pod własnym nazwiskiem. Stwierdziłem jednak, że jeśli mam pisać i mieć coś do powiedzenia, to trzeba to zrobić z odrobiną odwagi i nie wstydzić się swojego zdania i/lub słowa jako takiego.

Jakiś czas temu Ailan Gan przyjrzał się wpisom Setha Godina z 2002 roku – ten ostatni również potrzebował czasu, by się „wyrobić”. W żadnym wypadku nie potrafię pisać dziś tak, jak Seth 11 lat temu, niemniej chciałbym za kilka lat umieć pisać tak, jak on gdy zaczynał. Czy mi się uda – czas pokaże. Pewnie tradycyjnie skończy się na pierwszym i ostatnim wpisie, niemniej – jeśli nie spróbuję, nie będę wiedział.